Hszonszcz, jak każde niemal stworzenie swojego gatunku, musi się czasem wyszumieć. Wybrzmieć w trzcinie albo i bez niej. W brzęczeniu, niby to poetyckim, w nim właśnie niekiedy ratunku szuka. Różny owoc brzęku tego bywa, nie zawsze wartość jakąś przedstawia. Jednakże ten ostatni, według hszonszcza, na jakąś uwagę zasługuje na pewno. Zresztą co tu dużo mówić, ocenę Czytelnikowi zostawić wypada.
O czym hszonszcz brzmi w trzcinie
Gdy szczęście tak szczęśnie zatrzęsie i mięśnie
Tak drżące gorące nim słońce palące
I uśmiech nie uśnie lecz muśnie fikuśnie
Nad miską kocisko co blisko ma śpisko
Choć ręce w podzięce chcę więcej i więcej
A mili mówili że w chwili tej kwili
Z ukradka zagadka lecz gadka wciąż szmatka
Ni tak ni śmak bo brak, wciąż brak…
Niech tuli przytuli utuli zatuli
Niech szepce i łechce i niech chce choć nie chce
Niech wiem z każdym dniem zanim zjem że to z Niem!
I niech trwale się wwiercę w Twe serce.